Światełko w tunelu

Ostatnio wszystko się uspokoiło, względnie. Miałam 19 urodziny i nie było tak źle, jakoś wszystko minęło w miarę ok. Zdarzają się spięcia ale jakoś coraz rzadziej, ale może nie powinnam zapeszać, ani się tak cieszyć? Może to cisza przed burzą? Nie wiem, chyba wolę o tym nie myśleć. Niech jest jak jest. Teraz potrzebuję spokoju, jestem w klasie maturalnej, zaczął się drugi semestr, matury coraz bliżej. A ja ambitnie wybrałam sobie trudne przedmioty rozszerzone do zdawania, a mianowicie wos i historię, a z wosu z matury 2015 wyniki nie powalały, chyba 24% to średni wynik w Polsce. takze szał. Ale dam radę, może coś mi sie w życiu uda. Ostatnio nawiązałam kontakt z ciekawą osobą, jest co prawda troszkę starszy ode mnie, ale nie jakoś mega dużo. Wydaje się w porządku, ale może to tylko pozory… Może tylko mi się wydaje, ze jest spoko, a tak na prawdę to zwykły drań. Nie wiem. dlaczego ja wszędzie muszę widzieć coś złego? Wszystko jest dla mnie podejrzane, jakby na świecie nie było dobra i prawdziwych ludzi ( w sensie, nie udających nikogo, ludzi fajnych i wgl). Od zawsze byłam nieufna, no może nie zawsze, ale odkąd pamiętam. Może spotka mnie coś fajnego i szczęśliwego… nie ma co robić sobie zbędnych nadziei, lepiej myśleć, że się nie uda, że będzie gorzej bo Jak to mówi moja koleżanka „lepiej się miło zaskoczyć niż rozczarować”

Po

Już po Świętach. Oczywiście było rodzinnie, miło, słodko…za słodko, za sztucznie. Jak zawsze. Zakładanie masek z uśmiechem i radością, bo przecież gościom trzeba prezentować się jako szczęśliwa, zgodna rodzina. Proste. Właśnie dlatego nie lubię Świąt, wszędzie uśmiech, radość, życzenia…fałszywe przeważnie, te sztucznie pojednania przy stole, opłatku, ale nie dlatego bo ludzie chcą wybaczać , ale po to bo tak wypada, taka tradycja, trzeba dzielić sie opłatkiem. A po chwili wszystko wraca do rzeczywistości , obgadywanie, plotki,zawiść etc. Ale juz Święta minęły, przeżyłam. Teraz znowu w Nowy Rok przyjdą goście. I te życzenia „obyś kogoś przyprowadziła do domu, niedługo kończysz 19 lat, warto przyjść z jakimś chłopcem”. Serio? Serio? To moje życie…wiem, że mogłabym kogoś mieć, z kimś sie spotykać, nie należę do brzydkich ani głupich. Nie wyglądam też jak modelki prosto z wybiegu, ale no, jest ok. Powiedzenie w sumie też mam.. i wiele razy słyszałam, że gdybym tylko chciała, mogłabym być w związku, wiecie szczęscie, miłość etc. Ale jest pytanie, czy ja tego chcę, czy potrafię? Mam problem z ufnością wobec ludzi, nie wiem. Może celowo trzymam wszystkich na dystans, tak wiecie na wszelki wypadek, by mnie dodatkowo nie skrzywdzono. To taka forma ochrony.. Ale czy można do końca życia być samemu?

Coś miłego

Tak, zrobiłam coś miłego, dla siebie. Bez pytania innych o zdanie, bez proszenia o zgodę. Tak, po prostu zrobiłam coś, czego chciałam, coś co sprawiło mi przyjemność i ze mną zostanie. A mianowicie tatuaż. Malutki, nie za bardzo widoczny, ale mój i jest dla mnie. teraz mały napis, pod obojczykiem będzie ze mną do końca. Od dawna chciałam mieć tatuaż, ale wiadomo, dopóki nie skończyłam 18 lat, to nie miałam na co liczyć, rodzice nigdy by sie nie zgodzili. Ale mam pełnoletnia i zrobiłam to dla siebie, tylko dla siebie. Ten czarny „znak” na moim ciele będzie przypominał mi, ze jestem wolnym człowiekiem, sama decyduje o swoim życiu. Jest to tez taki mały przełom, uwolniłam się od tego wielkiego smutku, prawie depresji. Będzie mi o tym przypominał. Co ciekawe, nie bolało mnie tatuowanie, ani to, jak sie goi. Może to pierwszy krok do całkowitego „wyzdrowienia” z tego stanu, w którym tkwię. Może będę szczęśliwą dziewczyną, która skupi sie na poszukiwaniu swojej własnej skrzyni pełnej szczęścia i miłości? Może kiedyś ją znajdę? Zakocham się…? Kto wie? Niczego nie wykluczam, ale tez nie nastawiam się, że na bank tak będzie. Jestem jaka jestem i z pewnością, moja przeszłość zostanie ze mną , w moich myślach i wspomnieniach. Ale może pora skupić się na teraźniejszości i przyszłości? Żyć pełnią życia, póki jestem młoda?

Lepiej?

Co mnie zmieniło, a może raczej kto? Dlaczego? Tak, to był chłopak. Gdy Go poznałam, nie było szału. Żadnych motylków, błysku w oczach. Nic z tych rzeczy. Nawet Go specjalnie nie polubiłam. Irytował mnie, ze był taki dziecinny, wiecznie wesoły, niedojrzały. Był nowy w naszej klasie, choć kojarzyłam Go juz wcześniej, z kolonii, na której oślinił mi poduszkę-jaśka, którego mu pożyczyłam w autobusie. Nie brzmi romantycznie, prawda? Z nieznanych mi powodów, zaczął zwracać na mnie uwagę, zagadywał, uśmiechał się, no cóż, moze nie byłam brzydka, ale no jakąs Miss też nie. Myslałam, że podoba mu sie moja ówczesna przyjaciółka, często „przyłapywałam” ich na rozmowie, czy coś. W sumie razem z nią, gadałysmy o nim, ale ona stanowczo zaprzeczała, ze cos by mogło ich łączyć. Ale widziałam ten delikatny uśmieszek. Nie drążyłam tematu, czekałam aż to sie samo rozwinie. Ale szlo to bardzo opornie, wręcz stało w miejscu. No, ale tak jakos zaczełam z nim pisać, rozmawiać. Potrafilismy pisać ze soba godzinami. Do powrotu ze szkoły do, 2-3 w nocy. Tak o wszystkim, po pewnym czasie, zaczął nazywać mnie „skarbem”. Tak po prostu. Traktowałam to jako żart, przecież nie bylam niczyim skarbem. Z ówczesną przyjaciółką, wybierałysmy sie dzieś, On szedł z nami. Przywitanie i pozegnanie wyglądało tak samo. Jakies przytulenie czy coś. Był taki… delikatny wobec mnie. Z dnia na dzień przestawałam byc twarda, nawet czasem się usmiechałam. Widywano nas razem w szkole, wszyscy sie uśmiechali do nas, byismy chyba uważani za parę. Choć nie byliśmy razem. Mielismy dwie połówki serca z napisem „we are best”. Miałam jedna część podarowąć przyjaciółce, lecz On ja wziął, powiedział, ze teraz jest moją połówką. To mnie złamało. Jednak nie chciałam z Nim być, lubiłam go bardzo, zależało mi , był mi bliski.. lecz nie kochałam. A nie chciałam odbierać mu prawa do szczęścia, na które zasługiwał, a wiedziałam, że ja mu go nie dam.  On też o tym wiedział, nie nalegał. Nadal byliśmy sobie bliscy, a on zaczął spotykać sie z inną. Cieszyłam się, ze znalazł szczęście, choć bolało mnie, że ja nei potrafie go nikomu dać. My straciliśmy kontakt, minęły juz dwa lata. Nie potrafie być taka jak dawniej, twarda, nie do złamania, bez uczuć, a było mi łatwiej znosic los. Podobno On nadal ma połowkę tamtego serca. Ale czy to ważne? Czy On nadal jest z tamtą? Czy jest szczęśliwy? Nie mam pojęcia, mam nadzieję, że jest szczęśliwy, zakochany. Czy żałuję? Tak, żałuję, że mimo, że był mi mega bliski, teraz nie mamy żadnego kontaktu.

Powroty a teraźniejszość

Często myślami wracam do przeszłości, przecież wtedy byłam silna, nie do złamania, nikt nie był w stanie zobaczyć moich łez, bo ich nie było. A teraz? Nie ma praktycznie dnia, w którym bym nie płakała. Radość i szczęście są dla mnie czymś bardzo odległym, być może nawet są nieosiągalne. Zapomniałam jak to jest śmiać się, tak po prostu, nie martwić się niczym. A kiedyś tak było, niczym się nie przejmowałam, żyłam z dnia na dzień. Problemy, które na mnie czekały były gdzieś obok, nigdy mnie nie dotykały, nie zwracałam na nie uwagi… dziś, wszystko mnie męczy, czuję pustkę. Jestem taka zmęczona życiem. Tym wszystkim. Chciałabym wrócić do tych chwil, gdzie miałam wszystko gdzieś, kiedy to śmiałam się z tego co dawał mi los, z każdego ciosu, jaki mi zadawał. I pomyśleć, że nie złamało mnie nic smutnego, wręcz przeciwnie, dla wielu przeważnie młodych osób jest to najwspanialsze przeżycie.. nie dla mnie. Obecnie siedzę w domu, mając łzy w oczach i nie mając siły, by sobie poradzić z tym co się dzieje w moim życiu. W nikim nie ma oparcia, starszy brat jest hmm prawie moim wrogiem, nigdy sie nie dogadywaliśmy, mama zawsze wolała swojego pierworodnego syna niż mnie, chyba tak to jest, że matki wolą synów, a tato? Cóż, kiedyś byłam córeczką tatusia, fakt, ale teraz i od troszkę dawna w sumie…pije. Tak, niestety tak jest.  Mam dość. Muszę się od tego uwolnić, pociesza mnie myśl, że jestem już w klasie maturalnej, niedługo matura, a potem trzeba się wyprowadzić z domu i rozpocząć własne życie, studia. Może to będzie moja szansa, by móc normalnie żyć, zająć się sobą, żyć od nowa, po swojemu…

Choć raz…

Czy byłam choć raz w pełni szczęśliwa? Nie przypominam sobie takiej chwili. A przecież powinnam, jestem młodą osobą, mam zaledwie 18 lat. Czy kiedykolwiek będę szczęśliwa, czy będę potrafiła? W swoim krótkim życiu sporo przeszłam, taki los… Nie tylko ja, przecież cała moja rodzina zna to uczucie. Jakie uczucie? Uczucie żalu, braku spełnienia… W moim przypadku dochodzi jeszcze brak zrozumienia(stąd pseudonim- Incompris, co oznacza osobę niezrozumianą) i czułości. Nigdy tego nie doświadczyłam. Jak to możliwe? Wyróżniałam się na tle swojej rodziny, nie byłam i nie jestem taka jak oni. Ale czy to powód by odtrącać? A usłyszeć od własnego rodzica, że żałuje, że nie jestem taka jak rodzeństwo…a co gorsza, że mnie nienawidzi.. Tak było… nie raz i nie dwa. Na początku bolało, potem coraz mniej.. aż prawie stałam się potworem bez uczuć, nie czułam nic, żadnego współczucia, żalu, czegokolwiek.. Nie znosiłam świata, za wszystko co mnie spotkało. Nikt nie wiedział i wielu moich znajomych do tej pory nie zna moich doświadczeń.. może to i lepiej. Przecież byłam okropna… dobrze wiem, że miałam serce z kamienia, nawet przestało mnie ruszać to, że mama nie okazywała mi miłości. Wolała oskarżać mnie o problemy jakie miała wtedy z moim tatą. Z dnia na dzień przestawało mi zależeć…na wszystkim. Nic mnie nie wzruszało, jako dziecko nie nauczono mnie wrażliwości, czułości wobec innych ludzi. Przez wszystkich nauczycieli, szkolnych kolegów i koleżanki byłam uważana za osobę twardą, której nic nie mogło złamać. Tak było.. do czasu. Teraz myślę, że było mi wtedy łatwiej. Niczym się nie przejmowałam. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, w którym choć raz w życiu będę w pełni szczęśliwa.